Ratajczak zrezygnował z 2 milionów i odrzucił ofertę Unii Leszno. Co naprawdę zaważyło na decyzji?

Damian Ratajczak, uznawany za jeden z największych talentów młodego pokolenia w polskim żużlu, podjął decyzję, która zaskoczyła wielu obserwatorów PGE Ekstraligi. Zamiast powrotu do macierzystej FOGO Unii Leszno i kontraktu, który uczyniłby go najbogatszym juniorem w lidze, wybrał Stelmet Falubaz Zielona Góra. Klub, w którym nie zarobi tyle samo, ale – jak wszystko wskazuje – poczuł się pewniej, stabilniej i bardziej szanowany. Dlaczego młody zawodnik zrezygnował z pieniędzy i wrócił do Zielonej Góry?


Oferta życia – 800 tysięcy za podpis, 8 tysięcy za punkt

Wszystko rozegrało się błyskawicznie. Gdy tylko Damian Ratajczak ogłosił, że po sezonie 2025 opuści FOGO Unię Leszno i zwiąże się trzyletnim kontraktem ze Stelmet Falubazem Zielona Góra, doszło do jeszcze jednego spotkania. Damian i jego ojciec spotkali się z prezesem Unii Piotrem Rusieckim. I choć rozmowa trwała zaledwie pięć minut, miała bardzo burzliwy przebieg.

Zanim jednak emocje sięgnęły zenitu, prezes Rusiecki postanowił zawalczyć o swojego wychowanka. Jak sam przyznał:
– To prawda – odpowiedział w rozmowie z dziennikarzami, potwierdzając, że Ratajczak dostał propozycję, która mogła go ustawić finansowo na kilka lat. Nieoficjalnie wiadomo, że oferta obejmowała 800 tysięcy złotych za podpis i 8 tysięcy za każdy zdobyty punkt, co przy potencjalnych 150 punktach dawałoby ponad 2 miliony złotych rocznie.

To byłby kontrakt lepszy niż ten, który mają najlepsi młodzieżowcy w Polsce: Oskar Paluch (1,8 mln zł w Gorzowie) i Wiktor Przyjemski (Motor Lublin – podobne warunki jak Ratajczak miałby w Lesznie).


Falubaz: mniej pieniędzy, ale więcej szacunku?

Mimo tego Ratajczak odrzucił ofertę i zdecydował się na Zieloną Górę. Warunki? O połowę mniejsze: 600 tysięcy za podpis i 6 tysięcy za punkt. Łącznie, przy tej samej liczbie punktów, zawodnik zarobi w Falubazie o pół miliona mniej. Czy młody żużlowiec zrezygnował z ogromnych pieniędzy z powodów sportowych? Wszystko wskazuje na to, że nie tylko.

W kuluarach mówi się, że Ratajczak nie zapomniał, jak potraktowano go w Lesznie rok temu. Po kontuzji odniesionej w lidze duńskiej klub obciął mu kontrakt, tłumacząc się regulacjami Ekstraligi i kontrolą finansową. Choć formalnie postąpiono zgodnie z przepisami, dla Ratajczaka to był sygnał, że zaufanie do zawodnika może być tu drugorzędne.

W Falubazie natomiast zawodnik ma nie tylko stabilny kontrakt, ale – jak twierdzą osoby z otoczenia klubu – zyskał zaufanie, poczucie wartości i szansę rozwoju, nawet jeśli nie wszystko idzie perfekcyjnie. Jest jednym z filarów zespołu budowanego na przyszłość i – jak się okazuje – to dla niego obecnie ważniejsze niż finansowy rekord.


Prezes Rusiecki: emocje, honor i… czysty zysk

Prezes FOGO Unii Leszno, mimo wstępnego rozczarowania, szybko przeliczył sytuację. Zamiast wydać 2 miliony złotych na zawodnika, który mógł nie być w pełni lojalny wobec klubu, Unia zarobi.

Po pierwsze, za odejście zawodnika do Falubazu klub z Leszna otrzyma 720 tysięcy złotych ekwiwalentu szkoleniowego. Po drugie, od 2026 roku rusza nowy system PRO Junior, w ramach którego macierzyste kluby mają otrzymywać od 5 do 7 tysięcy złotych za każdy punkt zdobyty przez wychowanka, nawet jeśli jeździ on w innym zespole. Przy wynikach Ratajczaka, Unia może zarobić nawet milion złotych rocznie na jego startach… w Falubazie.


Czy to była decyzja z rozsądku, czy z serca?

Ratajczak miał szansę zapisać się w historii jako najlepiej opłacany junior PGE Ekstraligi. Zrezygnował. Niektórzy powiedzą, że uniósł się honorem, inni, że zaryzykował wszystko dla własnych przekonań. Pytanie tylko, czy to był błąd, czy ruch w stronę czegoś większego?

W Falubazie z pewnością na niego liczą. Zielonogórski klub – mający ambicje na więcej niż tylko utrzymanie w Ekstralidze – widzi w Ratajczaku podwaliny na przyszłość. Nie gwiazdę z wielkimi wymaganiami, ale solidnego fundamentu budowanego z szacunkiem i zaufaniem.