Wracamy jeszcze do sprawy związanej z piątkowym meczem z 6 czerwca br. w Częstochowie. Niczego to nie zmieni, ale chodzi o zasadę. Jeden klub ekstraliga żużlowa chce karać za nieregulaminowy tor i zawody się odwołuje, a w innym mieści – w tym przypadku w mininy piątek w Częstochowie rozgrywa się parodia speedwaya na NIEREGULAMINOWYM torze -bo nie jednakowym co do przyczepności na całej długości szerokości. Czyli regulamin jest po toby dowolnie go stosowali ci co te przepisy stanowią?? I to podobno w najlepszej i najdroższej lidze żużlowej świata…
Igrzyska zamiast sportu, maź zamiast toru, czerwone kartki zamiast ścigania
W piątek w Częstochowie miało być święto żużla. Była za to farsa. Mecz Krono-Plast Włókniarza z Betard Spartą Wrocław był jak kiepski kabaret – niestety z bardzo realnym ryzykiem dla zdrowia zawodników. Nie była to walka sportowa, lecz walka o przetrwanie. I to wszystko ku uciesze tych, którzy najwyraźniej żużel traktują już tylko jako widowisko dla… samych siebie.
Bo jak inaczej nazwać decyzję o rozegraniu meczu na nieregulaminowym torze, na który wcześniej spadła solidna ulewa? Jak uzasadnić kontynuowanie zawodów, w których z pola C i D dało się albo „zostać w błocie”, albo „zahamować i grzecznie pojechać za liderem”? Kto tu myśli o rywalizacji? O kibicach? O bezpieczeństwie?
TOR BYŁ NIEREGULAMINOWY. Punkt. Koniec. Kropka.
Wystarczyło spojrzeć na obrazki z telewizji, by dostrzec ponad 20-centymetrową (!) maź na szerokiej. Jeśli zawodnik miał pecha startować z zewnętrznych pól, nie miał szans – nie z winy sprzętu, nie z braku umiejętności, ale dlatego, że organizatorzy zamienili żużlowy tor w poligon błotny.
Trzeba jasno powiedzieć – ten tor nie spełniał warunków regulaminowych. I nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien pozwolić, by choć jeden motor na niego wyjechał. Ale przecież „igrzyska muszą trwać”.
Obie drużyny nie chciały jechać. Ale ważniejsze było widzimisię sędziego? Czy może żużlowej centrali, która nakazała jechać!
To nie jest teoria spiskowa. To nie są przypuszczenia. To są słowa wszystkich trenerów biorących udział w tym widowisku. Zacytujmy:
Mariusz Staszewski (trener Włókniarza Częstochowa):
„Przed zawodami tak, obie drużyny nie chciały jechać. Sędzia zarządził jednak inaczej.”
Czyli jasno: żaden ze sztabów szkoleniowych nie chciał tych zawodów rozgrywać. A jednak znalazł się ktoś mądrzejszy – ktoś z wyższego stołka, komu chyba marzyły się własne igrzyska olimpijskie.
A może chodziło o transmisję? O kontrakt? O wpływy? Czy może o to, by pokazać, że władza w żużlu jest absolutna i nie znosi sprzeciwu?
Mariusz Staszewski ocenił też swoją drużynę:
„Wnioski są takie, że skończyliśmy ten mecz cało jako drużyna, bo w wielu wyścigach bywały różne sytuacje z udziałem naszych zawodników. Z wyniku możemy być zadowoleni, bo wiemy, jaka jest nasza sytuacja w tabeli.”
Na temat występu swoich młodzieżowców Staszewski powiedział krótko:
„Nie popadajmy w hurra optymizm, bo zobaczmy, jakim składem juniorskim jechała Sparta. U nas też są dwie kontuzje, ale młodzieżowcy jadą z meczu na mecz lepiej. Kacper jeszcze nie jedzie w lidze tak, jak w innych zawodach, bo to też kwestia tego, że ma mało jazdy.”
Wiktor Lampart też nie wie, kto to wymyślił
Wiktor Lampart (Włókniarz):
„Zawodnicy i trenerzy, wszyscy byliśmy na ‘nie’. Nie wiem, kto miał opinię, aby jechać.”
No właśnie, kto? Może czas najwyższy, żeby ktoś z nazwiska i funkcji odpowiadał za takie decyzje, bo dziś to wszystko rozmywa się między kolejnymi komitetami, wydziałami, podkomisjami i „niezależnymi opiniami”.
Dariusz Śledź: To nie miało sensu
Dariusz Śledź (trener Betard Sparty):
„Czy takie zawody chcemy oglądać? Kibice powinni odpowiedzieć na to pytanie. Robimy wszystko, aby uczynić ten sport jak najbardziej bezpiecznym, ciągle mówimy o bezpieczeństwie, a później sami sobie fundujemy takie widowiska. To chyba cały komentarz i więcej nie ma co mówić.”
Dokładnie tak, panie trenerze. Bo co mają powiedzieć kibice, którzy przyszli oglądać żużel, a nie parodię sportu? Co mają powiedzieć zawodnicy, którzy musieli się godzić na kompromisy między kontuzją a walką o punkty?
I nie, to nieprawda, że ktoś naciskał, by mecz kontynuować ze względu na osłabiony skład Sparty. Śledź uciął to krótko:
„Nie, nikt nie naciskał, by jechać dalej.”
Maź, kant i uślizgi. Jakby ktoś tor rozlał chochlą
Największe problemy były na drugim wirażu. Kilka upadków, niebezpieczne momenty, zawodnicy, którzy dosłownie walczyli o utrzymanie się na motocyklu. I oto, co miał do powiedzenia trener gospodarzy:
Mariusz Staszewski:
„Nie było wyrwy, a kant rantu usypanego, bo wszyscy jeździli po krawężniku i ta nawierzchnia się odsypywała.”
To może jednak był problem z torem? I to na poziomie, który uniemożliwiał bezpieczne ściganie?
Czy musi dojść do tragedii?
Naprawdę, ilu jeszcze ostrzeżeń potrzeba, żeby władze polskiego żużla przestały igrać ze zdrowiem zawodników? W ostatnich miesiącach było już wystarczająco wiele urazów, dramatów, rozbitych motocykli i karetek na torze. A teraz – mimo jednoznacznego „nie” ze strony obu drużyn – zawody są na siłę rozgrywane, bo ktoś na górze miał taką zachciankę?
Czy ktoś powie to wprost? Czy ktoś poniesie konsekwencje? Czy też znów wszystko rozmyje się w „ocenie sędziego”, „opinii toromistrza” i „złożoności sytuacji pogodowej”?
Epilog: igrzyska dla władzy
Nie, to nie był mecz żużlowy. To nie była rywalizacja sportowa. To była demonstracja siły żużlowych elit. Pokaz arogancji. Parodia odpowiedzialności. Dla kogo organizowane są zawody żużlowe? Bo na pewno nie dla zawodników. I coraz częściej wydaje się, że nie dla kibiców. Dla kogo więc?
Dla tych, którzy lubią widzieć swoje nazwiska na grafice w transmisji. Dla tych, co uważają się za nieomylnych bogów polskiego żużla. Dla ego, które rośnie wprost proporcjonalnie do ilości błota na torze.
Ale niestety, to nie ego poniesie konsekwencje. To kręgosłupy zawodników będą łamane. A wszystko to – dla igrzysk. Dla igrzysk, które coraz bardziej przypominają igranie z życiem.






