Polski żużel znów sam stawia swoich zawodników pod ścianą. I znów dzieje się to przy okazji Indywidualnych Mistrzostw Polski. Zamiast skupiać się wyłącznie na sportowych emocjach przed inauguracją finałowego cyklu IMP 2026, coraz więcej mówi się o organizacyjnym chaosie, niespójnych decyzjach i kalendarzu, który bardziej przeszkadza niż pomaga.

To już kolejny raz w tym sezonie, gdy terminy najważniejszych imprez nachodzą na siebie, zmuszając zawodników do dramatycznych wyborów. Najbardziej poszkodowanym wydaje się dziś Mateusz Cierniak, który przez decyzje działaczy został zmuszony do rezygnacji z szansy, jaka niespodziewanie otworzyła się przed nim w walce o mistrzostwa Europy — a w dalszej perspektywie także o awans do Grand Prix 2027.

To nie pech. To efekt systemowego bałaganu.

Pierwszy sygnał alarmowy. IMP Challenge kontra liga

Problemy zaczęły się już 1 maja, kiedy na ten sam termin wyznaczono IMP Challenge w Świętochłowicach oraz ligowe spotkanie 4. rundy PGE Ekstraligi pomiędzy Stelmet Falubazem Zielona Góra a Krono-Plast Włókniarzem Częstochowa.

Sytuacja była absurdalna.

W związku z kolizją terminów (sic!) dwóch zawodników tych klubów Przemysław Pawlicki i Jakub Miśkowiak otrzymało stałe dzikie karty na cały cykl IMP 2026, co już samo w sobie wzbudziło dyskusję, a prawdziwe kontrowersje wywołała też decyzja o… zmianie zasad awansu w trakcie trwania rozgrywek.

Pierwotnie z IMP Challenge do cyklu finałowego miało awansować ośmiu zawodników. Nagle jednak regulamin skorygowano i miejsc zrobiło się tylko siedem. To oznaczało, że część zawodników walczyła o awans według innych zasad, niż zakładano na starcie.

Takie sytuacje w profesjonalnym sporcie po prostu nie powinny mieć miejsca. A awans – zgodnie z regułami – zawodnicy powinni wywalczyć na torze a nie przy „zielonym stoliku” działaczy…

Kolejny absurd. IMP i SEC tego samego dnia

Jakby tego było mało, teraz pojawił się kolejny problem.

W sobotę 16 maja o godzinie 19:00 na Motoarenie w Toruniu rozpocznie się pierwszy finał Indywidualnych Mistrzostw Polski 2026.

Tego samego dnia, zaledwie dwie godziny później, we francuskim Lamothe-Landerron odbędzie się trzecia runda kwalifikacyjna do SEC Challenge — ostatnia szansa, by wejść do walki o Indywidualne Mistrzostwo Europy.

A przecież triumfator SEC otrzymuje dodatkowy bonus — stałą dziką kartę do cyklu Grand Prix 2027.

To więc nie tylko walka o medal mistrzostw Europy. To potencjalna droga do przyszłorocznych mistrzostw świata.

Los otworzył przed Cierniakiem drzwi. Kalendarz je zatrzasnął

W centrum tego zamieszania znalazł się Mateusz Cierniak.

24-letni zawodnik Orlen Oil Motoru Lublin wywalczył awans do finałowego cyklu IMP podczas IMP Challenge w Świętochłowicach, gdzie po dramatycznym biegu dodatkowym pokonał Tobiasza Musielaka i zajął ostatnie, siódme miejsce premiowane przepustką.

Wydawało się, że to już wystarczający sukces.

Tymczasem na początku maja pojawiła się niespodziewana wiadomość.

FIM Europe przyznała Polsce dodatkowe miejsce w eliminacjach SEC we Francji.

Selekcjoner reprezentacji Stanisław Chomski sięgnął więc ponownie do wyników Złotego Kasku. Kolejny na liście był Damian Ratajczak, jednak zawodnik leczy obecnie poważną kontuzję — złamanie uda. Szansa spadła więc właśnie na Cierniaka.

To mogła być idealna okazja. Młody reprezentant Polski mógł równolegle walczyć o sukces w kraju i zrobić kolejny krok ku światowej elicie. Tyle że tylko teoretycznie.

Nie da się rozdwoić

Po analizie terminarza Mateusz Cierniak i jego ojciec Mirosław szybko zrozumieli, że wybór jest niestety tylko jeden.

Start w Toruniu oznacza rezygnację z Francji. Wyjazd do Francji oznaczałby oddanie miejsca w IMP i możliwe konsekwencje regulaminowe oraz sponsorskie. Zawodnik Motoru zdecydował się więc na Indywidualne Mistrzostwa Polski.

To zrozumiałe. IMP to prestiż, obowiązki wobec partnerów i jasno określona ścieżka sezonowa. Ale trudno nie odnieść wrażenia, że został postawiony w sytuacji bez wyjścia. Cierniak nie przegrał sportowo. Przegrał z kalendarzem.

Zyskał Zengota

Na decyzji Cierniaka skorzystał Grzegorz Zengota. Zawodnik FOGO Unii Leszno, który nie awansował do finałowego cyklu IMP, może bez przeszkód udać się do Lamothe-Landerron i walczyć o miejsce w SEC Challenge, a później być może nawet o medal mistrzostw Europy. Dla niego to ogromna szansa.

Dla Cierniaka — bolesne poczucie straconej okazji.

Kto odpowiada za ten chaos?

To pytanie coraz częściej zadają sobie kibice, zawodnicy i środowisko.

Jak to możliwe, że:

  • najpierw IMP Challenge koliduje z ligowym meczem Ekstraligi,
  • w konsekwencji tego zmienia się zasady awansu w trakcie rywalizacji, przyznając „za free” stałe dzikie karty,
  • a następnie pierwszy finał IMP nakłada się na eliminacje SEC?

Czy naprawdę nikt nie analizuje międzynarodowego kalendarza i kalendarza zawodów sportu żużlowego w ogóle? Czy komunikacja między GKSŻ, PZM, FIM Europe i klubami praktycznie nie istnieje?

Żużel coraz częściej mówi o profesjonalizacji, marketingu i budowaniu prestiżu. Ale takie sytuacje podważają wiarygodność całego systemu.

IMP rusza, ale niesmak pozostaje

W sobotę oczy kibiców będą skierowane na Motoarenę Toruń, gdzie rozpocznie się walka o tytuł Indywidualnego Mistrza Polski 2026. Na torze zobaczymy najlepszych. Wśród nich także Mateusza Cierniaka, który będzie próbował przekuć frustrację w sportowy sukces.

Ale gdzieś w tle pozostanie pytanie, którego nie sposób dziś uniknąć:

czy ktoś naprawdę panuje nad terminarzem polskiego żużla?

Bo jeśli kolejne decyzje będą wyglądały właśnie tak, to największym rywalem zawodników nie będą już przeciwnicy na torze. Tylko chaos poza nim.

Zdjęcie: Patrycja Knap