Kibice z Wrocławia dostali ostatnio łatkę zdrajców. W sieci pojawiły się komentarze, które wołają o pomstę do nieba. „Miasto zdrajców”, „Breslau do Niemiec”, „Żeby Polak nie kibicował Polakowi, to trzeba mieć zryty łeb i to dobrze”. Tak wyglądała „debata publiczna” po Grand Prix na Stadionie Olimpijskim. A wszystko dlatego, że kibice Sparty Wrocław mieli czelność dopingować swojego zawodnika – Australijczyka Brady’ego Kurtza – głośniej niż Bartosza Zmarzlika.
I nie chodzi tylko o anonimowych internetowych troli. Dziennikarz WP Sportowych Faktów z pełną powagą napisał: „Z patriotycznego punktu widzenia nie jestem w stanie zrozumieć sytuacji, w której Polak w walce o tytuł mistrza świata kibicuje Australijczykowi”. A ja z patriotycznego punktu widzenia nie jestem w stanie zrozumieć takiej ilości hipokryzji w jednym tekście.
Portugalia, Portugalia – czyli jak historia robi się niewygodna
Wrocław, 28 października 1983 roku. Stadion Olimpijski. Polska z Józefem Młynarczykiem w bramce, a w polu min. Włodzimierzem Smolarkiem, Romanem Wójcickim i Waldemarem Prusikiem (wtedy piłkarzem Śląska Wrocław) w składzie gra mecz eliminacji Euro 1984 z Portugalią. Układ prosty jak konstrukcja cepa: zwycięstwo Portugalii – awans dla Portugalii. Każdy inny wynik – awans dla ZSRR.
I co? Cały stadion ryczy „Portugalia, Portugalia!”, aż echo niesie. Całe trybuny cieszą się z gola dla gości. Polska przegrywa, Portugalczycy jadą na Euro do Francji, a Związek Radziecki zostaje z ręką w nocniku. Ba, Portugalczycy stają się „czarnym koniem” turnieju, docierają do półfinału.
I nikt nie mówi o zdradzie narodowej. Nikt nie krzyczy: „Breslau do Niemiec”. Wręcz przeciwnie – to dziś uznaje się za symboliczny akt sprzeciwu wobec ruskiemu butowi.
Ale w 2025 roku, kiedy kibice dopingują swojego ulubieńca z klubu, słyszą, że są „anty-Polakami”.
A dziś? Dopingujesz swojego, to jesteś zdrajcą
Dziś nikt nie piętnuje tamtego dopingu. Wręcz przeciwnie – zapisał się on w historii jako akt sprzeciwu wobec radzieckiego reżimu. Kibice we Wrocławiu stali się symbolem buntu i odwagi.
Dlaczego więc doping dla Kurtza – zawodnika Sparty, który od lat ściga się w polskiej lidze, a w tym roku walczy o mistrzostwo świata – ma być powodem do linczu? Dlaczego skandowanie „WTS, WTS” na własnym stadionie ma być anty-patriotyczne?
Przykład podany przez dziennikarza WP, że „to tak, jakby kibice na Narodowym dopingowali Hiszpanię przeciw Polsce”, jest całkowicie nietrafiony. W 1983 roku Wrocław dopingował Portugalię i nikt nie miał z tym problemu – bo chodziło o coś większego.
Dziś chodzi o coś znacznie mniejszego – o wolność kibica do wyboru, komu chce kibicować.
Kurtz bohater, ale nie Polaków?
Brady Kurtz jeździ w Polsce od dekady. Toruń, Piła, Rybnik, Leszno, Łódź, a teraz Wrocław. W tym sezonie ciągnie Spartę na plecach, wygrywa biegi, kiedy inni zawodzą. I nagle – o zgrozo! – wygrywa Grand Prix we Wrocławiu. Wyprzedza Bartosza Zmarzlika. Trybuny eksplodują. „WTS, WTS” niesie się po całym Olimpijskim.
Dziennikarz pisze: „Zmarzlik mógł poczuć się tak, jakby jechał poza granicami Polski”. Serio? Czyli co – kibice Sparty mają wyrzec się własnego klubu, własnego stadionu i własnych emocji, bo akurat w zawodach startuje Polak? Mają klaskać z obowiązku, a nie z serca?
To nie jest patriotyzm. To jest knebel.
Kali ukraść krowę…
To klasyczny przykład „moralności Kalego”. W 1983 doping obcej drużynie – OK. Bo „to przeciwko Moskwie”. W 2025 doping obcemu zawodnikowi – zdrada. Bo „to przeciwko Zmarzlikowi”.
Kibice mają prawo kibicować, komu chcą. To ich kasa za bilet, to ich emocje, to ich prawo. A że komuś nie pasuje? Trudno. Wolność kibicowania nie kończy się na granicach Gorzowa czy Lublina.
Prawdziwy problem nie w trybunach
Hipokryzja jest jeszcze większa, gdy spojrzymy na szerszy obrazek. To nie kibice psują rywalizację o tytuł mistrza świata. Psują ją kumaci i decyzyjni działacze FIM i polskie władze żużlowe z prezesem Sikorą na czele, które wycinają najlepszych zawodników, bo mają nie takie paszporty. Sajfutdinow, Łaguta – sportowo jak najbardziej powinni być w cyklu, ale nie, bo polityka. Tymczasem w tenisie – dyscyplinie globalnej, znanej i oglądanej na całym świecie (w przeciwieństwie do – nie oszukujmy się – niszowego żużla) Rosjanie i Białorusini grają, zarabiają miliony i świat się nie zawalił.
Ale nie, w żużlu lepiej udawać, że to „najlepsi z najlepszych”, choć wszyscy wiedzą, że nie. Więc o co chodzi? O sport, czy o politykę? Obecnie na świcie sytuacja wygląda jak ta z dowcipu kabaretu TEY opowiadanego przez Bohdana Smolenia: „z jednych rakiet mam się cieszyć, a przeciw innym protestować”. Dlaczego sportowcy z kraju agresora (chodzi o Izrael), gdzie morduje się bezkarnie dzieci i kobiety mogą występować na arenach międzynarodowych i nikt im tego nie zabrania (obecnie Izrael walczy w Mistrzostwach Europy koszykarzy i rozgrywa swoje mecze w Katowicach)? Czym różnią się ofiary w Palestynie od tych w Ukrainie? Bo – co polityka?
Podsumowanie
Hejt na wrocławskich kibiców jest groteskowy. W 1983 „Portugalia, Portugalia” była symbolem wolności. W 2025 „WTS, WTS” ma być symbolem zdrady. Tego się nie da w żaden sposób obronić.
Kibice Sparty dopingowali swojego zawodnika. Mieli do tego pełne prawo. To nie zdrada, to esencja sportu. Bo sport to emocje, a nie ustawka pod czyjeś „patriotyczne punkty widzenia”.
A wszystkim tym, którzy z taką łatwością wyzywają innych od zdrajców, wypada odpowiedzieć jednym zdaniem: weźcie się ogarnijcie, bo kij zawsze znajdzie się dla psa – i dla was też.
Tak przejawia się w Polsce TOLERANCJA…






