Niedzielne (13 lipca br.) Derby Ziemi Lubuskiej miały być świętem żużla. Miały — bo w Zielonej Górze znowu pomylono świętowanie z bezmyślnością, a oprawę z zagrożeniem. Tym razem naprawdę wszystko poszło za daleko. Race, zadymienie, opóźnienie meczu, uszkodzona dmuchana banda i – jakby było mało – znaleziony pod nią zdalnie odpalany ładunek pirotechniczny. Aż się prosi, żeby ktoś zapytał: czy my w ogóle mówimy jeszcze o imprezie sportowej, czy już o próbie generalnej przed sylwestrem w Pjongjangu?
Niech ktoś w końcu powie: dość!
Odpalanie rac to nie jest nowy problem. Pirotechnika przewija się w Zielonej Górze regularnie, ale tym razem przegięto pałę do granic. Bo co innego „nastrojowa mgła” dla fotoreporterów, a co innego ukrywanie fajerwerków pod bandą, przez co trzeba wymieniać sprzęt na oczach kilku milionów widzów transmisji telewizyjnej. Sędzia musiał powiadomić policję. Przypadek? Nie. To systemowa ignorancja, przykrywana romantycznym hasłem o „kibicowskiej kulturze”.
Otóż nie, to nie kultura. To kibolski debilizm.
Kibicowanie? Nie. Wandalizm!
Wszyscy widzieliśmy „show” Falubazowych ultrasów. Najpierw raca za racą i oprawa, która ośmieszała rywali – finezja godna licealnej gazetki szkolnej. Potem – zadymienie całego stadionu i przerwa w meczu. Jakby mało było, że tor musi być bezpieczny, to jeszcze dmuchana banda nadawała się do wymiany. Jak poinformował Canal+, w jej wnętrzu odnaleziono kolejne materiały pirotechniczne. Gdyby coś poszło nie tak? Gdyby doszło do wybuchu? Albo zapłonu w niewłaściwym momencie? Naprawdę ktoś sądzi, że to tylko zabawa?
Nie. To próba sił. I dowód, że w Zielonej Górze organizator nie panuje nad tym, co dzieje się na trybunach.
A Falubaz zapłaci. Znów.
To nie pierwszy raz. W zeszłym roku poleciały butelki w Patryka Dudka, w innym meczu – w Bartka Zmarzlika i Dominika Kuberę. Stadion zamknięto warunkowo. I co? Poskutkowało? Absolutnie nie. Teraz mamy wersję 2.0 – z bardziej niebezpiecznym finałem i z potencjalną decyzją o zamknięciu stadionu nie na próbę, ale na serio. Władze Ekstraligi już zapowiedziały, że sprawa jest priorytetowa. I bardzo dobrze. Zielona Góra powinna ponieść konsekwencje – bo bezkarność hoduje bezmyślność.
A jeśli Falubazowi grozi kilkumilionowa strata za zamknięty stadion, to może w końcu ktoś z klubu zrozumie, że lepiej zainwestować w identyfikację i kontrolę stadionową niż w kolejne „konfetti” do oprawy.
Będzie płacz? To niech będzie. Ale po cichu.
Oczywiście teraz zaczną się płacze: że to mniejszość, że klub nie może odpowiadać za każdego kibica, że „przecież tylko trochę dymu”. Tyle że ten „dymek” mógł zakończyć się bezdyskusyjnym walkowerem, gdyby przerwa w meczu trwała więcej niż 30 minut. Nie można robić oprawy kosztem bezpieczeństwa. I nie można stale udawać, że nic się nie stało, bo się stało. Zielona Góra znów zafundowała polskiemu żużlowi spektakl, po którym nie chce się klaskać, tylko łapać za głowę.
Falubaz, przestań zamiatać problemy pod dmuchaną bandę
Nie będzie już taryfy ulgowej. Falubazowi kończy się kredyt zaufania. Czas wreszcie postawić tamę stadionowemu bałaganowi, zanim ktoś poważnie ucierpi. A jeśli ktoś uważa, że to przesada – niech przypomni sobie, że jedna z rac została odpalona zdalnie i ukryta. To już nie tylko naruszenie regulaminu. To potencjalne przestępstwo.
Jeśli PGE Ekstraliga chce zachować twarz i bezpieczeństwo, musi sięgnąć po najmocniejsze możliwe środki. Zamknięcie stadionu? Tak, jeśli trzeba – to zamknąć. Lepiej żeby raz zabolało, niż później rozdzierać szaty po tragedii.
Bo żużel to sport dla twardych facetów – ale nie dla bezmyślnych chuliganów.
Kibice na torze podczas biegu!
Do niebezpiecznych sytuacji na torze stadionu w Zielonej Górze dochodzi nie pierwszy raz. Ewidentnym przekroczeniem wszelkich granic była sytuacja z meczu 8 kolejki ekstraligi żużlowej z 19 lipca 2015 roku. Wówczas Stelmet Falubaz podejmował Betard Spartę. W trakcie 11 biegu zamaskowani kibice (na głowach mieli kominiarki w barwach Falubazu i Zagłębia Lubin) wtargnęli na tor między zawodników którzy wówczas w tym wyścigu brali udział. O całym incydencie tak napisano na gazetalubuska.pl:
W trakcie 11. biegu niedzielnego meczu SPAR Falubaz Zielona Góra – Betard Sparta Wrocław pięciu zamaskowanych kiboli znalazło się na torze. Obok nich przemknęli żużlowcy. Niewiele brakowało, by doszło do tragedii (sytuacja na filmie w 2 min i 6 sek. – film zniknął z internetu – dop. redakcji).
Pseudokibice chwilę wcześniej chcieli zerwać flagę z sektora kibiców z Wrocławia. Kiedy podbiegli do nich ochroniarze, mężczyźni w kominiarkach przeskoczyli przez bandę. Jeden z nich został zatrzymany i trafił do aresztu. Pozostała czwórka przebiegła przez płytę stadionu, tor, przeskoczyła bandę oraz płot i wtopiła się w sektor kibiców Falubazu. Poszukuje ich policja. Mężczyzna, który został zatrzymany czeka na decyzję prokuratora. Zgodnie z ustawą dotyczącą imprez masowych, najprawdopodobniej we wtorek 21 lipca stanie przed sądem w trybie przyspieszonym. Grozi mu kara grzywny, więzienia oraz zakaz stadionowy. W poniedziałek zatrzymany został też drugi z kiboli, który zakłócił porządek podczas meczu.
Wówczas oprócz kary pieniężnej Zielonogórzanom groziło także zamknięcie stadionu. Nic takiego w 2015 roku nie miało miejsca. Jak zwykle pogrożono paluszkiem i cała sprawa rozeszła się po kościach.






