W piątek 6 czerwca w Częstochowie miało być ściganie w ramach rozgrywek PGE Ekstraligi, ale wyszła kpina. Zawodnicy drużyn z Wrocławia i Częstochowy jeździli gęsiego walcząc na torze o życie. Szef sędziów Leszek Demski, wręcz karcił zawodników, którzy widząc na 2/3 toru kartoflisko wjeżdżali tam – bo chcieli się ŚCIGAĆ! A wg. słów Demskiego – jak jest jezdnia oblodzona to należy dostosować prędkość i technikę do warunków jazdy! Cóż za kpina! To może należałoby taśmę czerwoną rozwinąć by żużlowcy nie wjeżdżali zbyt szeroko? Całe szczęście 6 czerwca obyło się bez tragedii, choć wielu żużlowców po bezsensownych decyzjach osób odpowiedzialnych za zawody było mocno poobijanych. W piątek 13 czerwca w Manchesterze miało być ściganie w czwartym turnieju cyklu Speedway Grand Prix – i było ściganie przez wielkie „Ś”. Ta różnica to nie przypadek. To dwie różne filozofie, dwie różne imprezy i, niestety, dwóch różnych organizatorów. W Polsce wszystko rozbija się o jeden zasadniczy problem: nie da się zrobić widowiska, jeśli tor wygląda jak po orce w deszczu, a szef Ekstraligi, Wojciech Stępniewski, uważa, że zawodnicy „powinni nauczyć się jeździć wszędzie”. Dodajmy, iż nie gorsze widowisko na National Speedway Stadium było także w sobotę 15 czerwca.

To my pytamy: czy kibice też mają nauczyć się znosić bylejakość?


Częstochowa: stadion żużlowy czy tor przeszkód?

Piątkowy (z 6 czerwca) mecz w Częstochowie po opadach deszczu był jednym z tych żużlowych wieczorów, o których nie chce się pisać. Ani zawodnicy, ani kibice nie powinni byli zostać postawieni w takiej sytuacji. Ale sędzia, wspólnie z komisarzem toru mimo licznych uwag ze strony żużlowców (szczególnie po ósmym biegu), odmówił dodatkowego równania toru. Dlaczego? Bo może. Regulamin na to pozwala. Zdrowy rozsądek? W Polsce wciąż nieobowiązkowy.

Tor był nierówny, niebezpieczny – twardy przy krawężniku, a na zewnętrznej 20 centymetrów luźnego błota!. A mimo to – ścigajcie się. Nie umiesz? Twój problem. Widz nie widział mijanek, tylko walkę o przeżycie. Irytacja narastała. Ale czy ktoś z władz ligi się odezwał? Oczywiście nie. Czy ktoś wspomniał co na taki stan toru mówi regulamin? Oczywiście NIE!. W innych przypadkach kluby karze się za nieregulaminowy tor, który NIE JEST taki sam na całej długości i szerokości. Co tam regulamin! Ważne jak interpretuje go organizator rozgrywek, który jak się okazuje jest wszechwładny.


Manchester: żużel z innej planety

Dla kontrastu – Speedway Grand Prix w Manchesterze. Ten sam sport, ci sami zawodnicy (większość z nich startuje przecież w PGE Ekstralidze), ale poziom organizacji i jakości widowiska jak z innego świata.

Daniel Bewley? Fenomenalny. Zwycięstwo po raz piąty w karierze w finale Grand Prix na osiem startów w piątkowej czwartej rundzie tegorocznego cyklu.
Bartosz Zmarzlik? 57. podium w karierze w cyklu GP. Człowiek z żużlowej stali. To było w piątek. A sobota? Cóż. To był kosmos i niesamowita walka na torze!
Brady Kurtz? Mimo przeciwności. Przypomnijmy groźny upadek w sobotniej SGP – walczy jak lew.

Ale największa liczba, która powinna świecić się czerwonym alarmem za odpowiedzialnych za spotkania w PGE Ekstralidze (dane statystyczne dotyczące piątkowego turnieju SGP w Wielkiej Brytanii):

65 mijanek podczas turnieju w Manchesterzedrugi najwyższy wynik w historii Grand Prix! Lepszy był tylko legendarny Wrocław 2019 (79 mijanek).

Dane jak zawsze dostarczył Rafał Gurgurewicz (@Guru992) – żużlowy statystyk bez którego ten sport wyglądałby jak tor w Częstochowie: bez porządnej analizy i logiki.

Co jeszcze?

23 mijanki na trzecim i czwartym okrążeniu – czyli tam, gdzie w polskiej lidze zwykle nikt nie wierzy, że da się cokolwiek zrobić. W tym samym Wrocławiu 2019 – 16 takich manewrów.

Wnioski? Bardzo proste: da się zrobić ściganie, jeśli tor na to pozwala.


Ścigać się potrafią. Ale nie na klepisku.

Polscy zawodnicy słyszą od władz: „macie nauczyć się jeździć wszędzie”. Dobrze, niech się uczą. Ale niech ktoś w końcu zrozumie, że widowisko tworzy tor, a nie wyłącznie sprzęt i nazwiska. Jeśli tor w Częstochowie przypominał kartoflisko, to nie dlatego, że spadł deszcz. Tylko dlatego, że nikt nie miał odwagi go poprawić, albo odwołać zawody na inny termin.

Niech nikt nie wciska kibicom kitu, że to „taki sport” albo że „grząski, przyczepny z 20 centymetrową warstwą luźnej nawierzchni tor to wyzwanie”. Bo skoro ci sami zawodnicy potrafią robić show na najwyższym poziomie w Grand Prix, to znaczy, że problem leży w polskich realiach ligowych. Nie we wściekłym silniku, nie w pogodzie. Tylko nomen omen w betonie – organizacyjnym.


Gdzie jest Wojciech Stępniewski?

I teraz przechodzimy do sedna sprawy. Bo przecież ktoś za to wszystko odpowiada. Wojciech Stępniewski, prezes PGE Ekstraligi. Od lat mówi się o „najlepszej lidze świata”, ale jeśli nie potrafimy zapewnić kibicom minimum emocji i zawodnikom maksimum bezpieczeństwa, to znaczy, że ktoś tu robi ludzi w konia i dodatkowo igra z losem startujących w zawodach zawodników.

Stępniewski milczy (oprócz wpisów broniących komisarza toru), za kibolskie wybryki). Czy to w sprawie farsy w Częstochowie, czy w sprawie ogólnego regresu poziomu widowisk w PGE Ekstralidze. Jest cicho, jakby nic się nie stało. Jakby to było normalne, że w jednej lidze mijanki liczymy na palcach jednej ręki, a w Grand Prix zawodnicy wyprzedzają się jak w F1 na pełnym gazie.


FAKTY, które powinny zawstydzać

  • 65 mijanek w Manchesterze podczas czwartej rundy SGP – drugi wynik w historii Grand Prix.
  • 23 mijanki na 3. i 4. okrążeniu – więcej niż we Wrocławiu w 2019 roku! (to dane także z piątku 13 czerwca)
  • 57. i 58. podium Bartosza Zmarzlikaw tym zwycięstwo w piątej rundzie SGP – to fakt potwierdzający jego fenomenalność.
  • Zero reakcji władz PGE Ekstraligi na dramat w Częstochowie.
  • Regulamin zamiast rozsądku. Milczenie zamiast działania.

Podsumowanie? Bardzo proste:

Speedway Grand Prix to żużel. Częstochowa to pomyłka. A Stępniewski nie robi nic by widowiska na polskich torach miały emocje, a ludzie oglądali na torze niesamowitą walkę i ŚĆIGANIE. Dalej się nie odzywa

A my, kibice, mamy dość oglądania, jak najpiękniejszy sport świata staje się własną karykaturą. Bo da się robić show – tylko trzeba tego chcieć. Bo żużlowcy to tyk typ ludzi, że nie interesuje ich bylejakość. Oni w każdym biegu, meczu chcą być najlepsi. Niech tylko warunki na to pozwolą – a przede wszystkim tory były bezpieczne!

Niech zawody PGE Ekstraligi nie kojarzą się z parodią żużla i antyreklamą speedwaya! Oby wszyscy odpowiedzialni za polski żużel dostrzegli to wcześniej – niż za późno.

Zdjęcie: publiczny Fb FIM Speedway Grand Prix