Hasło brzmi dumnie: „Jeden bilet – dwie imprezy!”. Brzmi jak promocja. W praktyce coraz więcej kibiców czyta to inaczej: jeden bilet – jeden problem. Bo zanim na Moto Arenie zapali się zielone światło, organizatorzy zdążyli już odpalić czerwone… na kasie.

350 zł za najtańszy bilet.
Nie na VIP, nie na lożę, nie na prostej startowej. Najtańszy. Punkt wejścia. Cena, od której w ogóle zaczyna się rozmowa o Grand Prix w Łodzi.

Dla porównania – we Wrocławiu, na Stadionie Olimpijskim, można wejść na SGP za 139 zł i wcale nie oznacza to miejsc „za słupem” czy na końcu świata. To normalne sektory, na przeciwległej prostej, z dobrą widocznością. I nagle okazuje się, że w Łodzi najtańszy bilet kosztuje ponad dwa razy więcej. Nie trochę drożej. Nie „symbolicznie”. Ponad dwukrotnie.

I tu kończy się narracja o „adekwatności”.

SGP2 jako alibi

Organizatorzy bronią się pakietem. Dwa dni. Dwie imprezy. Piątek – SGP2, sobota – SGP. Tylko że jest jeden problem, o którym nikt nie chce głośno mówić: SGP2 do tej pory nie zapełniało trybun. Poza ostatnią, medalową rundą – zainteresowanie bywało umiarkowane. Czasem wręcz symboliczne.

To nie jest zarzut wobec młodych zawodników. To fakt frekwencyjny.

Więc wciskanie kibicom narracji, że „dostają więcej”, brzmi trochę jak tłumaczenie, dlaczego rachunek w restauracji jest wysoki, bo kelner dorzucił deser, o który nikt nie prosił.

Chcesz przyjść tylko w sobotę? Nie ma takiej opcji. Chcesz przyjść w piątek bo jesteś fanem ścigania młodzieży – kup bilet w astronomicznej cenie – także na imprezę (SGP w sobotę) w której nie chcesz uczestniczyć. Czy ktoś w ogóle pomyślał o fanach chcących obejrzeć tylko SGP2?
Finalnie – nie interesuje cię piątek? Trudno. Płać.

To nie promocja. To przymusowy pakiet.

„Cena jest fair” – tylko dla kogo?

Pada argument: stadion mały, popyt duży, Grand Prix może już nie wrócić. Wszystko się zgadza. Tylko że to nie są argumenty sportowe. To argumenty stricte rynkowe. I one prowadzą do jednego wniosku: nie liczy się dostępność, liczy się maksymalizacja wpływów.

Czy trybuny się zapełnią? Pewnie tak.
Czy żużel na tym zyska? Tu odpowiedź nie jest już tak oczywista.

Bo jeśli Grand Prix w Polsce zaczyna być wydarzeniem dla tych, którzy nie muszą patrzeć na cenę biletu (a więc dla elit nie liczących się z pieniędzmi), to coś poszło nie w tę stronę co trzeba. Przez lata siłą polskiego żużla było to, że był sportem masowym. Rodzinnym. Dostępnym dla przeciętnego Kowalskiego.

A dziś? Rodzinny wyjazd do Łodzi to kilka tysięcy złotych. I nie, nie mówimy o VIP-ach, hotelach i kolacjach. Mówimy o samych wejściówkach.

Moto Arena to nie Olimpijski

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że Łódź nie oferuje ani większego stadionu, ani historycznej oprawy, ani wyjątkowej infrastruktury, która uzasadniałaby ceny wyższe niż np. we Wrocławiu. Moto Arena jest obiektem funkcjonalnym, nowoczesnym – ale nie magicznym.

To nie jest Wembley żużla.
To nie jest świątynia sportu.

A mimo to rachunek jest jak za wydarzenie premium.

Test lojalności kibica

SGP w Łodzi stało się testem. Nie sportowym. Finansowym. Testem, ile kibic jest w stanie zapłacić, zanim powie „pas”.

I z pewnością organizatorzy wygrają ten test krótkoterminowo. Ale długofalowo ryzyko jest oczywiste: żużel coraz bardziej oddala się od własnej bazy. Od ludzi, którzy nie szukają luksusu, tylko sportowych emocji za przystępną cenę – w niszowym przecież sporcie.

Bo Grand Prix bez kibiców z pasji – nawet przy pełnych trybunach – zawsze będzie tylko drogą imprezą. A nie świętem sportu.

Zdjęcie: publiczny FB KS Orzeł Łódź