W Zielonej Górze miała być walka o medale. Były piękne słowa, były zapowiedzi, był nawet pomysł, że to „rok Falubazu”. A co wyszło? Wyszła wielka sportowa plama – brak awansu do play-off, czyli nawet nie spełnienie minimum. Zamiast gonitwy za podium, mamy wyścigi w grupie pocieszenia o miejsca 5–8. I jak zwykle w takich sytuacjach – zaczęło się nerwowe rozglądanie za kozłem ofiarnym.
Tyle że tu nie trzeba prowadzić długich poszukiwań. Winnych jest wielu, a błędy popełniano od samego początku.
1. Transferowy chaos – brak strategii, jest „wariactwo”
Nie ja to powiedziałem, to słowa Jacka Frątczaka:
— Brak strategii budowania zespołu w mojej ocenie zaważył. Jeżeli z tygodnia na tydzień Piotr Pawlicki dowiaduje się, że zostaje w Zielonej Górze, a później jednak nie. A jego starszy brat jest jedną nogą w Rzeszowie, by po chwili z powrotem zostać w Falubazie, bo tutaj już Taia (Woffindena — dop. red.) nie ma, to właśnie są tego przyczyny. To wariactwo.
Takich transferowych „zawahań” nie robi poważny klub. Bo to nie jest giełda używanych motocykli, tylko drużyna walcząca w najlepszej lidze świata.
2. Oddanie Kvecha – strzał w stopę
Jan Kvech, wychowywany w Zielonej Górze, wypożyczany, ogrywany… a potem puszczony za darmo w objęcia Torunia. I to w zamian za Michała Curzytka, który dziś nawet nie łapie się do składu, bo rolę U24 pełni Jonas Knudsen.
Jak to nazwał Frątczak?
— Oddano Jana Kvecha, którego wręcz hodowano w Zielonej Górze. Niezrozumiała i zrozumiała decyzja zarazem, bo przecież ktoś się tam na kogoś obraził i wolał grzecznego Curzytka.
Zamiast wzmocnienia – personalna wojna i urażone ambicje.
3. Problemy widoczne już w marcu
To nie było tak, że Falubaz nagle w lipcu czy sierpniu się posypał. Pierwsze pęknięcia widać było w… sparingach.
— Przyjeżdża Rohan Tungate do Zielonej Góry i jedną ręką, z przewagą całej prostej, robi 12 punktów w czterech biegach. Potem pojechaliśmy do Leszna i kompletnie pogubione ustawienia sprzętowe. Nazar Parnicki i Kacper Mania wyprzedzali chłopaków na trasie.
Jeżeli takie rzeczy dzieją się w meczach towarzyskich, to zamiast chować głowę w piasek, trzeba było bić na alarm. Falubaz bił, ale w… bębny optymizmu.
4. Terminarz nie pomógł, ale też nie usprawiedliwia
Owszem, terminarz mógł być korzystniejszy, ale tłumaczenie nim całego sezonu to wygodne zaklinanie rzeczywistości. Jeżeli jeden czy dwa mecze zadecydowały o tym, że klub nie jest w czołowej czwórce, to znaczy, że reszta sezonu też była pełna wpadek.
5. Brak słowa „przepraszam”
To, co najbardziej mnie dziwi i irytuje – w Falubazie nikt nawet nie próbował przeprosić kibiców. A przecież ci ludzie wypełniają stadion, kupują gadżety, poświęcają czas i pieniądze. Frątczak ujął to idealnie:
— Zabrakło mi jednego słowa ze strony klubu w stosunku do kibiców, do sponsorów, do właścicieli. Nie usłyszałem słowa: Przepraszam.
Protasiewicz na to: „jeśli będzie trzeba, to przeproszę”. A Frątczak słusznie spytał:
— A czemu „jeśli”?
Podsumowanie: rozliczenia zamiast medali
Falubaz nie przegrał tego sezonu przez „pecha” czy „zły wiatr na stadionie”. Przegrał przez złe decyzje personalne, brak spójnej strategii i zamykanie oczu na problemy, które były widoczne od dawna.
Teraz zostaje tylko pytanie – czy w Zielonej Górze z tej lekcji ktoś wyciągnie wnioski, czy też za rok będziemy pisać kolejny felieton pod tytułem: „Falubaz znowu w grupie pocieszenia”.






