Tarnów kona na naszych oczach. Gorzów już kaszle, ledwo łapie oddech. A w tym samym czasie polski żużel, zamiast zacisnąć pasa, ciśnie pedał gazu do dechy i wjeżdża z impetem na autostradę donikąd – zwaną oficjalnie „rynkiem kontraktowym”.

Dziś mówimy: Unia Tarnów. Klub z tradycją, z historią, z wielkimi nazwiskami. Kiedyś — miejsce, do którego przyjeżdżało się oglądać mistrzów. Dziś? Rozpad. Wstyd. Żenada. Prezes zrezygnował. Zawodnicy składają wnioski o rozwiązanie kontraktów. Nie ma pieniędzy, nie ma planu, nie ma przyszłości. Żeby zamknąć poprzedni sezon, trzeba było pożyczyć milion złotych. Tak – pożyczyć, nie dostać. A kiedy nadszedł czas zwrotu? Zaskoczenie! Kasy brak.

W tle siedzi zarządzająca rozgrywkami na dwóch poziomach w Polsce – Ekstraliga i jeszcze się waha, czy już uruchomić czerwony przycisk. Miasto zainwestowało 7 milionów publicznych złotych w stadion, który za chwilę może być pomnikiem głupoty i zaufania nieodpowiedniemu człowiekowi. I nikt nie mówi jasno, kto zawinił. Ale wbrew pozorom, to nie tylko tarnowski dramat.

Spójrzmy na Gorzów. Stal Gorzów – też z tradycją, z kibicami, z medalami. A w środku? Finansowa próżnia. Długi, zaległości, żużlowcy z coraz bardziej nerwowym wzrokiem. I choć prezes Dariusz Wróbel próbuje uspokajać wszystkich tekstami o „czasowym zachwianiu płynności”, wszyscy wiemy, jak to się kończy. Już to przerabialiśmy. Niejednokrotnie.

A wszystko to dzieje się na tle kompletnie oderwanej od rzeczywistości spirali płacowej. Drodzy Państwo – dziś czołowi zawodnicy, nawet nie ci z absolutnego topu światowego, mają podpisywać kontrakty, które wraz z punktówkami mogą opiewać na 2,5 do 3 milionów złotych za sezon.

Dwa i pół miliona. Trzy miliony. Za jazdę w kilkunastu meczach ligowych. Gdzie jest sens? Gdzie jest logika? Czy naprawdę nikt nie potrafi powiedzieć „dość”? Kluby walczą o podpisy jakby to była licytacja o złoty puchar życia, a potem… potem pojawiają się zaległości, niepłacone faktury, dramaty juniorów bez sprzętu, miasta zrobione w konia, sponsorzy z niesmakiem i kibice, którzy znów się sparzą.

To nie jest profesjonalizm. To jest sabotaż.

Prezesi nie tworzą stabilnych organizacji. Prezesi licytują się na obietnice bez pokrycia. Bo „jak nie my, to weźmie go ktoś inny”. Tylko pytanie: co z tego, że ktoś „weźmie” zawodnika, skoro potem go nie będzie miał za co utrzymać? Klubów już dawno nie stać na takie zabawy, ale dopóki jeszcze są tacy, którzy przelewają ostatnie środki, żeby błysnąć „galaktycznym transferem”, dopóty będziemy żyli w iluzji wielkiego sportu, który od środka gnije.

Spójrzmy prawdzie w oczy – polski żużel finansowo się wypalił. Spalił się we własnym piecu chciwości i krótkowzroczności. Kontrakty rosną szybciej niż przychody. Sponsorzy nie są studnią bez dna. Miasta nie będą bez końca ładować milionów w prywatne zabawki. A zawodnicy? Cóż, oni są na szczycie tej piramidy – dopóki się sypie kasa, będą brać. I trudno im się dziwić. Ale to nie zawodnicy są winni – winni są ci, którzy godzą się na te warunki, mając świadomość, że za chwilę nie zapłacą raty.

Wszyscy teraz milczą. Bo nikt nie chce być tym, który „psuje rynek”. Ale jeśli ktoś nie zacznie – rynek sam się zapadnie.

I na końcu zostaniemy z pustymi stadionami, sfrustrowanymi kibicami i legendarnymi klubami, które zbankrutowały na własne życzenie. Unia Tarnów już jest na tej liście. Stal Gorzów balansuje na krawędzi. Kto następny?

Bez hamulców? Owszem. Ale niedługo bez klubów, bez imprez i … bez sensu.