Tor w Częstochowie nieregulaminowy, a decyzje jak z kabaretu. Zawodnicy: „Nie chcieliśmy jechać!”
„Nie chcieliśmy jechać!” – zawodnicy zgodni. Tylko kto ich słucha?
To nie był mecz żużlowy. To była groteska. Cyrk na glinie. Igrzyska ku czci betonu władzy żużlowej, która – jak się okazuje – z zawodnikami rozmawia wyłącznie wtedy, gdy ci składają gratulacje. Spotkanie Krono-Plast Włókniarza z Betard Spartą Wrocław z 8. kolejki PGE Ekstraligi to kompromitacja. A może wręcz kryminał.
Zawody powinny zostać odwołane po ulewie, która przeszła nad Częstochową tuż przed startem. Ale przecież mamy widowisko! Kibice czekają, telewizja transmituje, a pan sędzia i pan komisarz toru postanowili, że show must go on. Nawet jeśli miałby to być ostatni show niektórego z zawodników.
Wszyscy trenerzy zgodnie przyznali, że obie drużyny nie chciały jechać.
– Przed zawodami tak, obie drużyny nie chciały jechać. Sędzia zarządził jednak inaczej – powiedział Mariusz Staszewski, trener Włókniarza.
– Robimy wszystko, aby uczynić ten sport, jak najbardziej bezpiecznym, ciągle mówimy o bezpieczeństwie, a później sami sobie fundujemy takie widowiska. To chyba cały komentarz – dodał Dariusz Śledź, trener Sparty.
I rzeczywiście – widzieliśmy widowisko: czternaście wyścigów, które wyglądały jak survival na kartoflisku. Upadki, czerwone kartki, jazda na jednej linii, bo każda inna groziła wywrotką. A za odrobinę sportowej złości – kary niczym w wojsku.
Bewley: „Ani pan arbiter, ani pan komisarz toru nigdy nie byli zawodnikami”
Wojownicy toru są jednomyślni. Po meczu mówili jednym głosem, że nikt z nimi się nie liczył. Nie chcieli rywalizować w tak niebezpiecznych warunkach. Ale ich zdanie? To przecież tylko hałas motocykli…
Oto pełna wypowiedź Daniela Bewleya:
– Wygląda na to, że ani pan arbiter, ani pan komisarz toru nigdy nie byli zawodnikami. Przydzielając Maćkowi czerwoną kartkę za tą złość to za dużo. Taki upadek, który mu się przydarzył, jest najgorszy, jaki może się przytrafić. W takich sytuacjach to się może nawet zakończyć w najgorszy możliwy sposób.
– Nie rozumiem, dlaczego nie było choćby pięciominutowej przerwy na równanie toru. To by mogło wiele zmienić.
Brytyjczyk też wykazał się troską o zdrowie kolegi z zespołu:
– Maciek odczuwa teraz ogromny ból. Mam nadzieję, że będzie z nim wszystko w porządku.
Brytyjczyk ma absolutną rację. To właśnie w podobnych okolicznościach, podczas meczu sparingowego w Zielonej Górze 21 marca 1993 roku, zginął Andrzej Zarzecki. Po deszczu, na źle przygotowanym torze, w pierwszym łuku po starcie, doszło do śmiertelnego upadku. Czy naprawdę musimy czekać na kolejną tragedię, by ktoś potrząsnął tym betonem?
Woryna: „Obie drużyny były przeciw. Decyzja została podjęta z góry”
Kacper Woryna, kapitan Włókniarza, nie silił się na dyplomację. W pełni poparł słowa rywala z Wrocławia:
– Ciężko mi to ocenić na gorąco. Myślę, że mogę podpisać się pod tym, co powiedział Daniel i tu postawię kropkę.
– Ciężko cieszyć się z tej wygranej, kiedy na torze takie rzeczy się dzieją.
– Obie drużyny były za tym, aby te zawody odbyły się w normalniejszych warunkach. Natomiast decyzja została podjęta z góry, że jest próba toru, zielone światło i jedziemy. Nie wiem, czy kiedykolwiek w przeszłości, poza walkowerem w Gorzowie, zdanie zawodników liczyło się w takiej sytuacji, co oczywiście respektuję.
– Byłoby to w pełni bardziej satysfakcjonujące, kiedy pojechalibyśmy w pełnych składach, byłby super tor do ścigania, jak zazwyczaj w Częstochowie. Takie zawody zazwyczaj poza startem się kończą, chyba, że ktoś spróbuje zaryzykować i poniesie go fantazja, ale było widać, jak to się kończyło, myślę niepotrzebnie.
Czy naprawdę trzeba ofiary, żeby ktoś zrozumiał?
Wielokrotnie mówi się w mediach o potrzebie szacunku do zawodników, o bezpieczeństwie na żużlowych torach. Ale to są tylko puste hasła. Gdy przychodzi co do czego – to nie ich zdanie decyduje. Liczy się „green light” od sędziego, licznik widzów i program transmisji.
Zawodnicy, jak Bewley, Janowski, Woryna, Łaguta czy Kowalski ryzykowali zdrowiem (a może i życiem!) tylko dlatego, że ktoś uznał, że „to jeszcze się nadaje”. A przecież tor był ewidentnie nieregulaminowy – wystarczyło zobaczyć, co działo się na polach startowych C i D. Osypana maź zatrzymywała motor praktycznie w miejscu, a po biegu wjeżdżający w to błoto juniorzy (obu drużyn) notowali upadki! Zawodnicy musieli zwalniać i jechać za rywalami. Czy to jest jeszcze sport? To była kpina z regulaminu, zdrowego rozsądku i samego żużla.
Na koniec jeszcze raz zadajemy pytanie do władz Ekstraligi:
Dla kogo są te zawody?
Bo na pewno nie dla zawodników.
Nie dla kibiców, którzy chcą emocji, a nie farsy.
Chyba że… to wszystko robione jest dla kilku nazwisk, które widzą żużel z wysokości loży VIP, nie mając pojęcia, co znaczy wjechać w pierwszy łuk po deszczu.
Czy czekamy na kolejne Zielone Góry z 1993 roku? Czy dopiero trup na torze przekona was, że żużel to nie jest sport do igrania z losem?






