Ben Cook to jeden z tych zawodników, których historia pokazuje, jak wymagająca i nieprzewidywalna potrafi być droga do profesjonalnego żużla. Australijczyk, dziś reprezentujący barwy Fogo Unia Leszno, w rozmowie dla „Głosu Leszna” odsłonił kulisy swojej kariery – od trudnych początków w ojczyźnie, przez przełomowy moment transferu do Polski, aż po codzienność zawodnika ligowego.

Początki w Australii: „Było ciężko”

Historia Cooka zaczęła się bardzo wcześnie. Jak sam przyznaje, z motocyklem miał kontakt niemal od dziecka:

Zacząłem jeździć kiedy miałem 4 lata. Na początku był motocross, później pojawiły się motocykle żużlowe. Gdy zaczynałem, to w Australii było ciężko. Może jest łatwiej teraz, ale kiedy byłem młodym zawodnikiem, nie było dużo okazji do jazdy. Ścigaliśmy się 5 – 6 razy w roku. Było ciężko, ale tak zaczynałem. Każdy z nas chciał oczywiście pojechać do Anglii. Kiedy to się udało dołączyłem do Poole i z roku na rok robiłem postępy aż w końcu w 2024 roku dostałem wiadomość od Piotra (Rusieckiego – dop. red.) i oto jestem.

Australijski żużel, choć ma bogate tradycje, nie oferował młodym zawodnikom takich możliwości jak Europa. Cook podkreśla, że jego pokolenie – podobnie jak m.in. Brady Kurtz czy Jack Holder – wychowywało się na dirt tracku, by później płynnie przejść do speedwaya:

Było nam blisko do tego przez jazdę z czasów młodości na dirt trackach. Wszyscy dorastaliśmy przy tym. Mam na myśli Brady’ego i jego brata, siebie i mojego brata czy Jacka Holdera. Wszyscy potem przeszliśmy do juniorskiego żużla i tak to się zaczęło.

Jeden telefon, który zmienił wszystko

Kluczowy moment w karierze Australijczyka nastąpił w 2024 roku. To wtedy odezwał się do niego prezes Unii Leszno, Piotr Rusiecki.

Tak, Piotr Rusiecki napisał do mnie i zapytał czy byłbym zainteresowany przyjechaniem do Polski i ściganiem się tutaj. Oczywiście, że od razu byłem zdecydowany. Tak naprawdę tydzień, może dwa tygodnie później przyjechałem tu do Leszna na stadion, aby potrenować, zrobiłem kilka rund i stało się. Chwilę później debiut w Częstochowie i tak to ruszyło. To był bardzo fajny czas w moim życiu.

Debiut w Polsce był dla Cooka przełomem – zarówno sportowym, jak i mentalnym.

Prawdopodobnie pierwszy mecz. Był całkiem inny. Duży stadion, duża publiczność. To wielka różnica od tego, co mamy w Anglii. To chyba największa rzecz, którą pamiętam. Fajnie było odjechać dobre spotkanie. To zmieniło moją karierę. Nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Piotr.

Szok organizacyjny w Polsce

Jednym z najbardziej uderzających doświadczeń dla Australijczyka było zetknięcie się z realiami polskiej ligi, która pod względem organizacyjnym znacząco przewyższa inne rozgrywki.

Różnica jest wielka. Wiesz, zaczynałem od niczego. Sam robiłem własne motory. Jeździłem sam na każdy mecz. Po każdym spotkaniu miałem 4-5 godzin żeby się wyspać, a potem powrót do motorów. Musiałem je umyć, przygotować i jazda na kolejne zawody. Wiem, jak to jest, gdy musisz wszystko robić sam. A tutaj przyjeżdżasz i widzisz młodych zawodników, którzy posiadają duże Sprintery, trzy motocykle, zespół mechaników i wszystko poukładane. To mi otworzyło oczy. Pomyślałem, że to szalone, niesamowite. Jeżdżę całe życie i nie jestem nawet blisko takiego poziomu organizacyjnego. To był dla mnie nowy świat.

To porównanie jasno pokazuje przepaść między ligą brytyjską a polską Ekstraligą – zarówno pod względem zaplecza, jak i profesjonalizmu.

Najważniejsze momenty kariery

Cook nie ma wątpliwości, które sukcesy zapisały się w jego pamięci najmocniej:

Chyba zwycięstwo tutaj w Lesznie i wygranie ligi w zeszłym roku. I jeszcze potrójna korona w Wielkiej Brytanii, kiedy byłem kapitanem w Poole. To było fajne. Mam kilka dobrych momentów w pamięci i mam nadzieję, że jeszcze kilka przede mną.

Rutyna i życie poza torem

Australijczyk przyznaje, że nie korzysta z typowych dla sportowców rytuałów przedmeczowych, takich jak słuchanie muzyki:

Nie słucham muzyki przed spotkaniami. Robię własne rzeczy. Może dziwne, ale nic specjalnego, szczerze mówiąc. Lubię położyć rzeczy w swoim własnym miejscu i w określony sposób. Nic szczególnego. To mój czas, żeby się przygotować do spotkania.

Gdyby nie żużel, jego życie potoczyłoby się zupełnie inaczej:

Jestem elektrykiem z wykształcenia, więc pewnie pracowałbym w zawodzie.

Powrót do korzeni

Po intensywnym sezonie Cook chętnie wraca do Australii, gdzie znajduje czas na regenerację i życie poza sportem:

Świetnie. Uwielbiam wracać do domu. To dobry czas dla mnie. Wrócić do domu, spotkać rodzinę, przyjaciół. Cieszę się pogodą, mogę trochę zwolnić i odpocząć. Tutaj sezon jest naprawdę długi. Mam wiele lotów między Polską i Anglią, dużo nieprzespanych nocy. Ale oczywiście to moja praca i bardzo ją lubię. Nie zamieniłbym jej na nic innego, ale też jest ważne dla mnie wrócić do domu, do Australii. Po prostu zresetować się. Uwielbiam wędkować i tak dalej. Mam kilka hobby, które pozwalają mi odpocząć.

Tak, na pewno. Robię to często w domu w Australii. Ale nie tylko to. Gram też na przykład w golfa. Musisz mieć hobby, które jest czymś innym niż sport, którym zajmujesz się na co dzień. To sposób na to, aby odpocząć i zresetować się.


Historia, która wciąż trwa

Historia Bena Cooka to przykład determinacji i konsekwencji. Od skromnych początków w Australii, przez ciężką pracę w Wielkiej Brytanii, aż po przełomowy moment w Lesznie – jego droga pokazuje, że w żużlu talent to tylko część sukcesu.

Dziś Australijczyk jest ważnym ogniwem Unii, a jego kariera wciąż się rozwija. Jak sam przyznaje – najlepsze może być dopiero przed nim.

Źródło: publiczny Fb GlosLeszna.pl