Dlaczego kibice Betard Sparty nie chcą mistrza świata w swoich barwach?
W ostatnich tygodniach w środowisku żużlowym zawrzało po informacji, że po sezonie 2026 Bartoszowi Zmarzlikowi kończy się kontrakt z Motorem Lublin. Wśród spekulacji pojawił się również wątek potencjalnego transferu do Betard Sparty Wrocław – klubu, który od lat należy do krajowej czołówki. Wieść o tym, że najlepszy zawodnik świata mógłby w przyszłości założyć wrocławski kevlar, wywołała prawdziwą burzę wśród kibiców.
„Nie, dziękujemy” – fala komentarzy po medialnych doniesieniach
Pod artykułem „Gazety Wrocławskiej”, która jako pierwsza zadała pytanie „Dlaczego kibice we Wrocławiu nie lubią Bartosza Zmarzlika?”, pojawiły się dziesiątki komentarzy. Większość z nich była jednoznaczna: fani Sparty nie widzą Zmarzlika w barwach WTS-u.
„Nie, dziękujemy.”
„Żadnych Zmarzlików. Sparta ma z nim rywalizować, a nie robić mu miejsce. U nas jest Janos, a tytuły przyjdą – trzeba tylko planu, dopasowania toru, motywacji i klimatu.”
Pojawiły się też bardziej emocjonalne porównania:
„To Cristiano Ronaldo żużla, nie pasuje do Sparty, tak jak tamten nie pasował do Barcelony. Egoista, wynik po trupach, wszystko mu się należy. I tak samo cieszyłem się, że Gollob nigdy nie trafił do Wrocławia.”
Choć część opinii miała charakter emocjonalny, pokazują one wyraźnie, że dla wielu kibiców Woffindena i Janowskiego, Zmarzlik jest przede wszystkim sportowym rywalem, a nie kimś, kogo chcieliby oklaskiwać we wrocławskich barwach.
Zmarzlik – genialny, ale bez „chemii” z trybunami
Dlaczego tak się dzieje? Wrocławscy kibice potrafią docenić talent – przez lata oklaskiwali m.in. Grega Hancocka, Jasona Crumpa, Taia Woffindena czy Artema Łagutę. Problem w tym, że sympatii w żużlu nie zdobywa się tylko punktami. Zmarzlik jest postacią, którą wielu fanów postrzega jako perfekcyjnego profesjonalistę – ale chłodnego, zamkniętego i skupionego wyłącznie na swoim wyniku.
„Gazeta Wrocławska” pisała:
„Gdy Zmarzlik ze strefy rozmów z mediami przenosi się na motocykl, z sympatycznego gościa zamienia się w fightera, który na torze nie bierze jeńców i nie ma w zwyczaju podjeżdżać do rywali, którzy zaliczyli upadki. No i przez lata jazdy w Stali Gorzów, a ostatnio w Motorze Lublin, napsuł sporo krwi wszystkim rywalom w PGE Ekstralidze.”
Dziś już sześciokrotny mistrz świata przez całą karierę był symbolem rywalizacji z Wrocławiem. Najpierw w barwach Stali Gorzów, potem Motoru Lublin, niemal zawsze stawał naprzeciw Spartan w kluczowych biegach sezonu. To właśnie on pozbawiał ich tytułów, to on rozstrzygał finały, to on wygrywał Grand Prix we Wrocławiu, gdy lokalni kibice trzymali kciuki za Taia Woffindena czy Macieja Janowskiego i Artema Łagutę.
Incydenty, pamięć i emocje
W relacjach kibiców i zawodników ogromne znaczenie mają emocje. W przeszłości fani Sparty potrafili okazać niechęć nie tylko wobec Zmarzlika. Przykład? Kacper Woryna.
W 2020 roku po jednym z meczów ROW Rybnik – Sparta, ówczesny kapitan rybniczan żartobliwie skomentował gest przekazania mu proporczyka przez Macieja Janowskiego słowami:
„Weźmie mi to wrocławskie coś.”
Niewinny żart zamienił się w medialną burzę, która pogrzebała jego szansę na transfer do Wrocławia. Dla kibiców Sparty takie słowa stały się symbolem braku szacunku wobec klubu i miasta.
Zmarzlik nigdy nie pozwolił sobie na podobne zachowanie – ale jego dominacja i chłodny profesjonalizm sprawiają, że sympatia wrocławskiej publiczności nie przychodzi naturalnie.
Grand Prix we Wrocławiu – fani woleli Kurtza
Kiedy w sezonie 2025 Zmarzlik zajął drugie miejsce w Grand Prix Polski na Stadionie Olimpijskim, media ogólnopolskie odnotowały niecodzienną reakcję publiczności. „Gazeta Wyborcza” pisała wówczas:
„Cała Polska wstydzi się za Wrocław” – bo miejscowi kibice mieli mocniej trzymać kciuki chociażby za Brady’ego Kurtza z Betard Sparty niż za Polaka, Zmarzlika.
Sam mistrz świata jednak nie okazał urazy. Po zawodach powiedział:
„Doceniam głośne wsparcie z trybun i zawsze dobrze czuję się we Wrocławiu.”
To pokazuje, że sam zawodnik nie odbiera chłodu z trybun jako osobistego ataku – raczej jako część rywalizacji i lokalnego kolorytu.
Czy Wrocław mógłby pokochać Zmarzlika?
Wielu ekspertów uważa, że w sporcie sympatie są zmienne. Gdyby sensacyjny transfer doszedł do skutku i Zmarzlik w debiucie przywiózł dla Sparty 12 punktów z dwoma bonusami, trybuny zapewne szybko zmieniłyby ton. Przykłady już były.
Gdy w 2023 roku do Wrocławia trafił Piotr Pawlicki – były kapitan odwiecznego rywala, Unii Leszno – kibice reagowali z dystansem. Jednak dzięki waleczności i profesjonalizmowi Pawlicki zyskał ich szacunek, a gdy żegnał się z klubem, otrzymał owację na stojąco.
Podobnie Mikkel Michelsen, który kilka lat wcześniej krzyczał w Lublinie „Apator, wibrator”, dziś jest jednym z ulubieńców toruńskich fanów i bohaterem mistrzowskiego sezonu 2025.
Żużel zna więc wiele przypadków, gdy „nielubiany rywal” stawał się bohaterem trybun.
Zmarzlik – mistrz, którego łatwo nie pokochać
Nie ma wątpliwości: Bartosz Zmarzlik to najlepszy żużlowiec swojego pokolenia, a być może i w historii. Jednak jego postać – podobnie jak w innych dyscyplinach Cristiano Ronaldo czy Lewis Hamilton – budzi emocje. Szacunek? Ogromny. Sympatia? Nie zawsze.
Wrocławscy kibice od lat budują swoją tożsamość wokół lokalnych bohaterów – Woffindena, Janowskiego, Bewleya, Łaguty czy ostatnio Kurtza. W tym układzie Zmarzlik jest kimś „z zewnątrz”, symbolem sukcesu osiąganego kosztem Sparty. I może właśnie dlatego dziś mówią „nie, dziękujemy”.
Ale sport lubi paradoksy. Jeśli za dwa lata wrocławskie trybuny zobaczą Zmarzlika w czerwono-żółto-czarnym kevlarze, zdobywającego punkty dla Betard Sparty – niewykluczone, że zamiast gwizdów usłyszy aplauz.
Bo w żużlu, jak w życiu – zwycięzców się nie lubi, dopóki nie są „nasi”.
Zdjęcie: Patrycja Knap






