Polski żużel nie jedzie dziś po torze do sukcesu – pędzi autostradą ku samozagładzie. Rozregulowany, dziki rynek transferowy napędzany przez samych prezesów klubów zaczyna przypominać hazardowe kasyno, w którym stawką są milionowe sumy, a rozsądek został dawno przelicytowany. W centrum tej finansowej gorączki znaleźli się m.in. Michael Jepsen Jensen i Kevin Małkiewicz – zawodnicy Bayersystem GKM Grudziądz, o których mówi dziś cała Ekstraliga.
„Łapię się za głowę” – prezes Murawski o milionowych ofertach
Prezes GKM-u Grudziądz, Marcin Murawski, wprost przyznał w magazynie WP SportoweFakty, że to, co dzieje się wokół jego zawodników, przeraża go.
– Wiemy od Michaela i Kevina, że mają oferty, że trwa wyścig szczurów, którego bardzo nie lubię. Z roku na rok jest coraz gorzej. To psuje naszą dyscyplinę. Kiedy słyszę, jakie padają oferty dla naszych żużlowców, to łapię się za głowę. Mówimy o milionowych kwotach za sam podpis – zaznaczył szef klubu z Grudziądza.
Dziś milion za podpis to nowy standard – nieoficjalnie mówi się, że stawki, które w ubiegłym roku uchodziły za przesadę, teraz są przebijane bez mrugnięcia okiem. Kwoty, które miały być sufitem, stały się podłogą.
Zawodnicy warci fortunę
Nie dziwi, że Jensen – obecnie trzeci najskuteczniejszy zawodnik PGE Ekstraligi – i Małkiewicz – drugi najlepszy junior ligi – są łakomym kąskiem. Ale skala szaleństwa, które rozgrywa się wokół ich kontraktów, to dowód na to, że polski rynek wymknął się spod kontroli. Młodzieżowiec na dorobku z ofertą, której nie powstydziłby się lider Grand Prix? To nie jest już fikcja, to nowa rzeczywistość.
Prezes GKM zapewnia, że klub robi wszystko, by zatrzymać obu żużlowców. Mówi o argumentach pozafinansowych – stabilizacji, rozwoju, sprzęcie od Ashley’a Hollowaya, a nawet „domowej atmosferze”. Tyle że wobec rozmiaru pieniędzy, które wchodzą w grę, to wszystko może okazać się niewystarczające.
Dodaje także:
– Sądzę, że Michaelowi jest u nas bardzo dobrze. Napisał historię, która nadaje się na książkę i jest inspiracją dla wielu sportowców. Z kolei Kevinowi kontrakt kończy się w październiku. Jesteśmy w stałym kontakcie z zawodnikiem i jego tatą. Rozmawiamy i wierzymy, że czuje się u nas jak w domu, bo ma wszystko, czego potrzeba do rozwoju. Startuje na sprzęcie, który dostał od klub. Są to silniki, które przygotowuje Ashley Holloway. Te jednostki spisują się naprawdę znakomicie. Kevin jest w nich wręcz zakochany, a nie ma sensu zmieniać czegoś, co działa. Uważam, że w kolejnych latach możemy stworzyć mu bardzo dobre warunki rozwoju.
Sami sobie zgotowali ten los
Trzeba to powiedzieć jasno: to sami prezesi zrujnowali rynek. Nie zawodnicy, nie menedżerowie, nie kibice – to szefowie klubów Ekstraligi, którzy od lat licytują się między sobą bez umiaru, aby „zrobić transfer”, „pokazać siłę” i „przyciągnąć nazwisko”. I dziś zbierają tego żniwo. Rynek transferowy w Polsce jest przegniły. Kwoty za podpis osiągają absurdalne poziomy, a kluby, zamiast inwestować w szkolenie, infrastrukturę i stabilność, wydają majątki na krótkoterminowe sukcesy.
To gra na czas i na kredyt. Kluby pompują budżety z miejskich dotacji, sponsorów i rezerw, byle tylko za wszelką cenę utrzymać się w lidze lub zbudować „dream team”. Ale jak długo można jechać na oparach rozsądku?
Katastrofa w zasięgu wzroku
Jeśli nie nastąpi szybka reakcja i opamiętanie – grozi nam katastrofa. Żużel w Polsce żyje dziś w złotej klatce: pełne stadiony, rekordowe transmisje, medialna uwaga. Ale ta bańka może pęknąć w każdej chwili, gdy kluby przestaną być wypłacalne, a samorządy i sponsorzy odwrócą wzrok. I wtedy żaden transferowy rekord nie uratuje dyscypliny, która sama się zniszczyła.
To, co dzieje się teraz, to nie rozwój – to destrukcja. A bez radykalnych kroków, bez ustawowego limitu wynagrodzeń lub porozumienia między klubami, żużel w Polsce może dojechać na skraj przepaści. I to szybciej, niż komukolwiek się wydaje.






