Pierwsza runda cyklu Speedway Grand Prix 2025 rozpoczęła się z wielkim hukiem – nie tylko za sprawą kapitalnej postawy Bartosza Zmarzlika, który w Landshut zdobył komplet 24 punktów, ale też przez kontrowersję, która wybuchła tuż po wygranym przez niego sprincie kwalifikacyjnym. Chodzi o sytuację związaną z wyborem numerów startowych, w której Zmarzlik został ukarany za spóźnienie i musiał wybierać jako ostatni. Choć temat pozornie został szybko przygaszony, dziś wiemy nieco więcej – a nowe informacje rzucają cień nie tylko na zawodnika, ale także na jego otoczenie.


Zwycięzca sprintu bez przywileju wyboru

Zgodnie z nowym regulaminem SGP, zawodnik wygrywający sprint kwalifikacyjny ma prawo jako pierwszy wybrać numer startowy na główną część wieczornego turnieju. W Landshut był to Bartosz Zmarzlik, który bezkonkurencyjnie wygrał krótki, czterozespołowy wyścig eliminacyjny, zdobywając 4 dodatkowe punkty do klasyfikacji generalnej. Niestety – chwilę później z przywileju nic nie zostało.

Polak nie zdążył na czas pojawić się przy stanowisku wyboru numerów. Organizatorzy, trzymając się sztywno procedur, przesunęli go na koniec kolejki. Zamiast pierwszego wyboru, Zmarzlik dostał to, co zostało – nielubiany numer 3.

Na nagraniach widać było wyraźne niezadowolenie zawodnika – kamienna twarz, szybki odbiór tabliczki i niemal ostentacyjne milczenie. Jeszcze tego samego wieczoru Polak próbował wytłumaczyć całą sytuację. Twierdził, że spóźnienie wynikało z udzielania obowiązkowych wywiadów dla oficjalnych mediów cyklu, co powinno być traktowane jako część protokołu zawodów.

– Wziąłem to na klatę – mówił po zawodach Zmarzlik. – Zdenerwowało mnie to, ale nie ma co roztrząsać, zrobiłem swoją robotę na torze.


Nowe światło: to nie przez media?

Choć wersja Zmarzlika była klarowna i początkowo niewielu ją kwestionowało, nieoficjalne informacje z obozu organizatorów mówią co innego. Według źródeł zbliżonych do władz SGP, Polak miał wystarczająco dużo czasu, by dotrzeć na wybór numerów, a spóźnienie wynikało już nie z wywiadów, lecz ze… zbyt długiej rozmowy z trenerem reprezentacji Polski, Rafałem Dobruckim.

– Z tego co wiem, to jest prawdą, że Bartek tam gdzieś po drodze z Rafałem Dobruckim parę zdań wymienił – mówił Remigiusz Substyk, były arbiter, w programie „Lewoskrętni”. – Bartek powinien już o tym wiedzieć, że generalnie rzecz biorąc Castagna czy Morris nie patrzą jakoś pozytywnie w jego stronę. Pamiętamy przypadek kevlaru.

Chodzi oczywiście o incydent z ubiegłego sezonu, gdy Zmarzlik został wykluczony z Grand Prix Danii za jazdę w niezatwierdzonym kombinezonie.


Gdzie zawiodło otoczenie?

Cała sytuacja w Landshut ponownie otwiera dyskusję o tym, jak dużą odpowiedzialność za organizację zawodnika w dniu zawodów ponosi jego zespół i ludzie z otoczenia – trener, mechanicy, przedstawiciele federacji.

– To jest błąd Bartka, ale to też błąd ludzi wokół niego – dodał Substyk. – Zawodnik może się pogubić, może mieć chwilę słabości, po to są ludzie wokół, by przypilnowali takich detali. Tym bardziej że Zmarzlik to nie debiutant, a pięciokrotny mistrz świata.

Nie da się ukryć, że na tym poziomie profesjonalizmu i przy coraz bardziej skomplikowanych procedurach SGP, każda sekunda może mieć znaczenie. Wybór numeru startowego nie jest błahostką – może zaważyć na przebiegu wieczoru, bo decyduje o kolejności pól startowych, a te, zwłaszcza w Landshut, miały wyraźnie różną przyczepność.


Afera, która nie zaszkodziła

Paradoksalnie, cała afera – mimo swojego napięcia – nie wpłynęła negatywnie na wynik sportowy. Zmarzlik pojechał perfekcyjny turniej, wygrywając wszystkie swoje biegi łącznie z finałem. Zdobył komplet 24 punktów i objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej, pokazując po raz kolejny, że mentalnie i sportowo jest o krok przed resztą stawki.

Ale cień pozostał – bo choć wynik mówi jedno, kulisy mówią co innego.


Co dalej?

Władze SGP nie komentują sprawy oficjalnie, ale znając ich poprzednie decyzje, można zakładać, że nie będą tolerować odstępstw od procedur – nawet jeśli dotyczą największej gwiazdy cyklu. Z kolei sam Zmarzlik powinien potraktować ten incydent jako ostrzeżenie – i zadbać o to, by jego team, PZM i trener kadry byli bardziej czujni. W walce o szóste złoto nie ma miejsca na błędy organizacyjne.

Kolejna runda już 17 maja w Warszawie. Tym razem, miejmy nadzieję, wszystko odbędzie się bez zakłóceń – zarówno na torze, jak i poza nim.

Źródło: pobandzie.com.pl
Zdjęcie: Marek Niewiedzioł