Historia Adama Jaziewicza to jedna z tych opowieści, które pokazują, jak cienka bywa granica między sportowym marzeniem a życiowym dramatem. Zapowiadał się na solidnego żużlowca, wychowanego w sportowej rodzinie i systematycznie budującego swoją pozycję na torze. Jeden wypadek sprawił jednak, że jego kariera zawodnicza zakończyła się nagle i bezpowrotnie. Mimo to Jaziewicz nie odwrócił się od żużla. Przeciwnie – pozostał w nim przez wiele lat, pracując w różnych rolach i udowadniając, że pasja potrafi być silniejsza niż najtrudniejsze doświadczenia.

Adam Jaziewicz urodził się 1 lutego 1984 roku. Jest wychowankiem klubu z Ostrowa Wlkp. Licencję żużlową zdobył już w 2000 roku – w wieku 16 lat. W barwach Ostrovii startował w latach 2001 – 2003.

Żużel w genach i obiecujący początek

Adam Jaziewicz wychował się w żużlowym środowisku. Talent do sportu odziedziczył po ojcu, Franciszku Jaziewiczu, który był zarówno zawodnikiem, jak i trenerem. Naturalna droga syna prowadziła więc na tor. Jako zawodnik związany był z zespołem z Ostrowa Wielkopolskiego, a jego kariera rozwijała się stopniowo, lecz konsekwentnie.

Sezon 2003 miał być dla niego przełomowy. Z zawodów na zawody prezentował coraz wyższą formę, zbierał doświadczenie i zyskiwał pewność siebie. Nic nie zapowiadało, że właśnie ten rok przyniesie dramat, który na zawsze zmieni jego życie.

13 sierpnia 2003 roku – wypadek, który zakończył karierę

Do feralnego zdarzenia doszło 13 sierpnia 2003 roku podczas turnieju Zaplecza Kadry Juniorów w Grudziądzu. Upadek okazał się niezwykle poważny – Adam Jaziewicz doznał złamania kręgosłupa.

Jak sam wspominał po latach:
– Ta data na zawsze utkwiła mi w pamięci. W jednej chwili cały mój świat runął. Od razu czułem, że sytuacja jest poważna, bo straciłem czucie w nogach – mówił Adam Jaziewicz.

Diagnoza była dramatyczna, a pierwsze chwile po wypadku niosły realne zagrożenie trwałym kalectwem. Kluczowa okazała się jednak szybka reakcja lekarzy i decyzja o natychmiastowej operacji.

Operacja, która uratowała sprawność

Szybka interwencja chirurgiczna okazała się decydująca. Dzięki niej Jaziewicz odzyskał możliwość normalnego funkcjonowania.

– Dzięki operacji mogę normalnie chodzić i funkcjonować – podkreślał.

Choć zdrowie zostało uratowane, jedno było pewne – powrót do zawodowego ścigania nie był już możliwy. Adam Jaziewicz zakończył karierę żużlowca po zaledwie trzech latach startów, mając świadomość, że ryzyko byłoby zbyt duże.

Życie po karierze. Żużel wciąż obecny

Mimo tak trudnych doświadczeń Jaziewicz nie potrafił całkowicie rozstać się z żużlem. Sport ten pochłonął znaczną część jego życia i zdrowia, ale również ukształtował go jako człowieka.

Jak sam mówił:
– Żużel pochłonął ogromną część mojego życia i zdrowia. Nie wyobrażałem sobie całkowitego rozstania z tym sportem. Kiedy okazało się, że nie będę mógł kontynuować kariery zawodniczej, skupiłem się na fotografii, w tym także sportowej. Później spędziłem rok w Anglii, współpracując z Krzysztofem Stojanowskim. Następnie przez półtora roku pracowałem w Klubie Motorowym. W połowie 2008 roku odszedłem stamtąd, by dołączyć do zespołu Chrisa Holdera jako mechanik. Od tego momentu to mechanika stała się moją główną profesją – opowiadał Jaziewicz.

Mechanik mistrzów świata i praca w teamach

Rola mechanika okazała się dla niego nowym rozdziałem, w którym mógł w pełni wykorzystać swoją wiedzę i doświadczenie. Współpracował z wieloma znanymi zawodnikami światowego formatu. Pracował m.in. z Chrisem Holderem, który w 2012 roku zdobył tytuł indywidualnego mistrza świata.

Poza tym był członkiem zespołów takich zawodników jak:

  • Simon Gustafsson,
  • Andreas Jonsson,
  • Jason Doyle,
  • Martin Vaculik.

W Polsce współpracował m.in. z Mikołajem Curyło, Łukaszem Sówką, a także znajdował się w teamie Roberta Miśkowiaka.

Równolegle zajmował się także projektowaniem kevlarów i kasków, łącząc pasję do żużla z kreatywną stroną swojej osobowości.

„Co roku wsiadam na motor” – zdrowie i dalsze plany

Choć kontuzja pozostawiła trwały ślad, Jaziewicz nie ukrywał, że jej skutki odczuwa do dziś.

– Stan mojego zdrowia nie uległ zmianie, czyli dalej odczuwam skutki upadku. Jednak, pomimo przeciwności losu staram sobie z tym wszystkim radzić – mówił w rozmowie z portalem eSpeedway.

Zapytany o powrót na motocykl, odpowiadał bez wahania:
– Pewnie, że kusi praktycznie co roku mam okazję do przejechania kilku kółek. W zeszłym roku mi się nie udało z pewnej przyczyny, ale za to nadrobiłem to jazdą na crossie z Robertem Miśkowiakiem i Ronniem Jamrożym na torze Ostrowskiego Klubu Motocrossowego, dzięki uprzejmości tamtejszych działaczy.

Menadżer, mechanik, a może trener?

Po zakończeniu sezonu 2008 Jaziewicz podjął decyzję o pracy jako menadżer zawodników.

– Stało się to po zakończeniu sezonu 2008. Doszedłem do wniosku, że czas najwyższy, aby wreszcie wykorzystać swoje doświadczenie jako były zawodnik i pracownik klubu. Działając jako menadżer nie patrzę pod kątem pieniędzy bo to nie jest moim podstawowym źródłem utrzymania. Staram się znaleźć dla chłopaków dobre miejsce do rozwoju, a dla klubów zawodników, którzy później mogą stanowić o sile zespołu. Chcę żeby obie strony były zadowolone z podpisanych kontraktów.

Nie wykluczał również drogi szkoleniowej:
– Dotychczas nie miałem takiej okazji ponieważ byłem za młody, żeby starać się o uprawnienia instruktora. Mam jednak nadzieję, że uda mi się to zrealizować w niedalekiej przyszłości. Jeśli już tak będzie to na pewno będę chciał wprowadzić w mojej pracy kilka nowinek, bo nie zawsze podejście trenerów w stosunku do zawodników jest właściwe. Moim zdaniem, trener powinien zdobyć szacunek poprzez dobre relacje z zawodnikami, a nie poprzez wprowadzenie zastraszenia.

Bez żalu do żużla

Dziś Adam Jaziewicz kończy 42 lata. Choć od kilku lat nie jest aktywnie związany z żużlem, wciąż darzy tę dyscyplinę ogromnym sentymentem. Nie ma w nim goryczy ani żalu.

– Jedynie szkoda, że kontuzja tak wcześnie zakończyła moją sportową drogę. Żużel zawsze mnie fascynował, dorastałem w żużlowej rodzinie i trudno było się od niego odciąć. Gdybym mógł cofnąć czas i jeszcze raz podjąć decyzję o rozpoczęciu kariery, zrobiłbym to bez wahania. Żałuję jedynie, że nie miałem okazji w pełni sprawdzić swojego potencjału. Nigdy się nie dowiem, jak daleko mogłem dojść. Wypadek zakończył moją przygodę jako zawodnika, ale cieszę się, że dziś jestem zdrowy i mogę normalnie funkcjonować – podsumowuje Adam Jaziewicz.